Coraz częściej w mediach społecznościowych widzimy piękne, perfekcyjnie wystylizowane kobiety, które promują ubrania, kosmetyki i luksusowy styl życia. Jedną z nich jest Aitana Lopez. Problem w tym, że Aitana nie istnieje naprawdę. Dla wielu kobiet to zaskakująca informacja i jednocześnie punkt wyjścia do szerszego pytania – czym właściwie jest wirtualna influencerka i co to oznacza dla nas, które codziennie porównujemy się do tego, co widzimy w sieci?
Kim jest Aitana Lopez?
Aitana Lopez to wirtualna influencerka, stworzona przez agencję zajmującą się marketingiem i grafiką komputerową. Wygląda jak młoda, atrakcyjna modelka – ma dopracowaną urodę, idealną sylwetkę i spójny styl. Posiada konto na Instagramie, publikuje zdjęcia z siłowni, z wyjazdów, w modnych stylizacjach. Współpracuje z markami, reklamuje produkty i „zarabia” na swojej obecności w sieci.
Różnica polega na tym, że Aitana jest generowana komputerowo. Jej twarz, ciało, mimika – wszystko zostało zaprojektowane cyfrowo. Nie ma prawdziwego życia prywatnego, gorszego dnia, zmęczonej cery czy momentu zwątpienia. To wizerunek zaplanowany w najmniejszym detalu.
Dlaczego wirtualne influencerki w ogóle powstają?
Powód jest bardzo praktyczny – kontrola i przewidywalność. Marka, która współpracuje z cyfrową postacią, nie musi martwić się o skandale, nieprzewidywalne zachowania czy zmianę wizerunku. Wirtualna influencerka nie ma własnego zdania, nie popełni gafy, nie zrezygnuje nagle z kontraktu.
Dla branży modowej i kosmetycznej to wygodne rozwiązanie. Taka postać:
- zawsze wygląda idealnie,
- nie starzeje się,
- może być dowolnie stylizowana,
- jest dostępna „na żądanie”.
Z perspektywy biznesu to logiczne. Z perspektywy odbiorczyni – sprawa zaczyna być bardziej złożona.
Jak to wpływa na kobiety oglądające takie profile?
W codziennym życiu wiele z nas i tak zmaga się z presją wyglądu. Porównujemy się do koleżanek, celebrytek, influencerek. Gdy do tej listy dochodzi postać całkowicie wygenerowana komputerowo, poprzeczka przesuwa się jeszcze wyżej.
Porównywanie się do kogoś, kto nie istnieje, może być szczególnie obciążające. Bo z cyfrowym wizerunkiem nie da się „wygrać”. Nie ma tam zmarszczek, asymetrii, gorszego światła czy nieudanej fryzury. Jest projekt.
W praktyce może to wywoływać:
- poczucie, że „zawsze wyglądam gorzej”,
- frustrację mimo dbania o siebie,
- cichą presję poprawiania swojego wyglądu,
- spadek samooceny, nawet jeśli trudno to sobie uświadomić.
Nie każda kobieta będzie reagowała tak samo. Dużo zależy od wieku, poziomu pewności siebie i świadomości, jak działa marketing internetowy. Dla nastolatek taki przekaz może być silniejszy niż dla dojrzałych kobiet, które mają już bardziej stabilne poczucie własnej wartości.
Czy to tylko niewinna ciekawostka technologiczna?
Można powiedzieć, że to znak czasu – rozwój sztucznej inteligencji, grafiki 3D, nowych mediów. I rzeczywiście, z technologicznego punktu widzenia to imponujące. Problem zaczyna się wtedy, gdy zaciera się granica między fikcją a rzeczywistością.
Nie każda osoba obserwująca profil wirtualnej influencerki od razu wie, że ma do czynienia z projektem graficznym. Czasami ta informacja jest podana małym drukiem, a czasami łatwo ją przeoczyć.
W codziennym odbiorze zdjęcie to zdjęcie. Nasz mózg reaguje na bodźce wizualne, a nie na podpis pod postem. Jeśli więc widzimy perfekcyjną sylwetkę i styl życia, emocjonalnie możemy reagować tak, jakby dotyczyło to prawdziwej osoby.
Co warto mieć z tyłu głowy, obserwując takie profile?
Najważniejsze jest uświadomienie sobie jednego faktu – to kreacja zaprojektowana pod określony efekt. Nie spontaniczne życie, nie naturalna uroda, tylko przemyślany obraz, który ma sprzedawać.
W praktyce pomocne może być:
- świadome wybieranie, kogo obserwujemy,
- robienie przerw od mediów społecznościowych, gdy czujemy przeciążenie,
- zadawanie sobie pytania: „Czy to jest realne, czy to jest projekt marketingowy?”
Nie chodzi o to, by demonizować nowe technologie. Wirtualne influencerki prawdopodobnie zostaną z nami na dłużej. Chodzi raczej o to, by nie traktować ich jako punktu odniesienia dla własnego ciała, stylu życia czy relacji.
Czy wirtualne influencerki zmienią sposób, w jaki myślimy o kobiecym wizerunku?
Już teraz widać, że granica między realnym a wykreowanym obrazem coraz bardziej się rozmywa. Dla części kobiet to po prostu ciekawostka. Dla innych – kolejny element presji wyglądu.
Świadomość mechanizmu daje jednak pewną przewagę. Kiedy wiemy, że patrzymy na cyfrową postać, łatwiej zdjąć z siebie obowiązek dorównania jej. Możemy wrócić do bardziej realnych punktów odniesienia – własnego komfortu, zdrowia, codziennego życia, które nie jest idealne, ale jest prawdziwe.
Aitana Lopez jest produktem swoich czasów – połączeniem technologii, marketingu i kultury obrazka. Dla nas najważniejsze pozostaje to, by oddzielać inspirację od presji i pamiętać, że żadna wirtualna sylwetka nie powinna definiować naszej wartości.
